Moje niebo to nie miejsce, a stan umysłu.

Nie opisuje go żadna księga, ani żadne z przysłów;

Moja kuźnia pomysłów - odlot na trzeźwo,

Gdy mój high widzą ćpuny to z wrażenia blednął.

Obietnice...

...szczególnie moje, w kwestiach systematyczności są jak gadaniny polityków - niby słuchasz, kiwasz głową, nie dowierzasz, a w rezultacie i tak nie masz innej możliwości jak pokornie zaakceptować. PONAD miesiąc temu obiecałem sobie i Tobie, czytelniku, że będę pisał raz na dwa dni. Do dnia dzisiejszego powstać powinno 16 wpisów; nie powstał żaden. Morał? Nie warto zapowiadać zmiany, do póki nie zakotwiczyło się pierwszego poważnego sukcesu w trudnej drodze, pełnej wyrzeczeń i zmagań.

A teraz jestem w Tatrach...
Mija 16 dzień pobytu pod adresem Majerczykówka 35, skąd do Hali Gąsiennicowej można dojść w 2 godziny. Góry na wyciągnięcie ręki - niestety teraz raczej na wyciągnięcie parasola, bo pogoda nie rozpieszcza. Można by powiedzieć, że wręcz rozpieprza... od środka. Prognozy pogody również konsekwentnie zapowiadają, że z wyjść do końca pobytu, który trwać będzie jeszcze 7 dni, raczej można zrezygnować, no może poza jednym pogodnym dniem...

Tak bardzo potrzebowałem uciec od mojej Warszawy ostatnich tygodni, której hasłem przewodnim było marnowanie czasu, że uciekłem w moje Tatry, marnując czas, spędzając go w pokoju i obserwując padający za oknem deszcz. Ktoś, kto wie co u mnie, powiedziałby: "Nie martw się, przecież przyjeżdżasz do Zakopanego 28 lipca na 19 dni". Byłoby to wspaniałe pocieszenie, gdyby nie fakt, że przyjeżdżam tutaj z nieznanym mi dotąd biurem podróży, które na 19 dni spędzonych u podnóża Tatr, planuje najwyższy punkt na Gubałówce - do tego "zdobyty" kolejką. Jak nic sytuacja nadaje się na scenariusz filmu, którego główny bohater strzela sobie w łeb, zmuszony przez bezsilność.
Dobrze, że tegoroczny wyjazd zacząłem z hasłem: "Na chodzenie po Tatrach mam jeszcze całe życie".

Wciąż pada...
Prześlij komentarz