Moje niebo to nie miejsce, a stan umysłu.

Nie opisuje go żadna księga, ani żadne z przysłów;

Moja kuźnia pomysłów - odlot na trzeźwo,

Gdy mój high widzą ćpuny to z wrażenia blednął.

Życie to ciągłe straty.

   Życie to ciągłe straty. O tak... Nie chcę tym stwierdzeniem wprowadzać morowego nastroju, jednak pragnę stwierdzić prostą i oczywistą życiową prawdę. Nic to przerażającego(przynajmniej nie zawsze), co spędza nam z powiek sen(choć czasem się to zdarza). Jest to pewien fakt, który wymaga wypowiedzenia go na głos, by w tej oczywistości wyblakł i stał się bardziej znośny, bardziej przyswajalny, wtedy gdy rzeczywiście w nas uderza. Życie to ciągłe straty.

   Chodzimy po świecie, mijają nam godziny, dni, LATA, nieświadomi, bądź nie całkiem świadomi, jak wiele tracimy w tak różnych momentach. Od czego wypada zacząć tę wyliczankę, ciągnącą swe wersy w nieskończoność? Myślę, że od tej zupełnej podstawy, od tego co w dużej mierze określa nas ludzi, jednocześnie odróżniając od Boga - zacznijmy od czasu i od tej symbolizującej go sekundy. Chyba nie wymaga głębszych wyjaśnień fakt, że Bóg to byt ponadczasowy i dlatego czas jest czynnikiem tak bardzo odróżniającym nas - istoty ściśle związane z czasem - od Niego.
   Życie to ciągłe straty. Czytając ten powtarzany już po raz trzeci fakt straciłeś przynajmniej dwie sekundy. Życie to ciągłe straty. I kolejne dwie... Jest to coś czego już nie odzyskamy, tak samo jak żadnego innego momentu z naszego życia, który już przeminął, przeszedł do historii. Fakt, faktem, że jednostka jaką jest sekunda, a nawet cztery takie jednostki, są niczym wobec całego naszego życia, jednakże należy pamiętać iż wszystko się kumuluje. Morał? Wykorzystujmy każdą sekundę jak to uważamy za słuszne, aby nigdy nie mieć poczucia, że ta strata czasu, która nas dopadła, miała istotny wpływ na cokolwiek jeszcze poza naszym wewnętrznym żalem wynikającym ze straty.
   Po 25 roku życia podobnież rozpoczyna się proces regularnych strat, strat, które wręcz przerażają i sieją obawę w sercu; rozpoczyna się proces regularnego zmniejszania się liczny szarych komórek w naszym mózgu. Co poczynić może człowiek, który z dnia na dzień uświadamia sobie, że teoretycznie, według grupy (całe szczęście, że tylko grupy - jest jeszcze jakaś szansa) naukowców jego zdolności intelektualne maleją i zbliżają się stopniowo w stronę zera - oczywiście nigdy nie zdążą dotknąć samego zera, ale wystarcza sama perspektywa, by już się zmartwić i wystraszyć? Czyż to nie każe nam, wobec nieuniknionego, znów wykorzystywać pozostałego potencjału w jak najbardziej produktywny sposób; tak by nigdy nie powiedzieć, że się żałuje czasu, w którym miało się największe predyspozycje do czegoś, a się tego nie zrobiło? Działajmy więc, a nawet jeśli już (podobno!) szczyt tych możliwości pozostał dawno za nami, to nie przestawajmy eksploatować sprawnego umysłu, mając na uwadze to iż jego możliwości z dnia na dzień maleją(podobno!). Wiem, że przykład ten usiany jest wielością niedopowiedzeń i powątpiewań, jednak chwyta nas w najbliższym dla nas samych punkcie - umyśle - a dodatkowo, przecież nigdy nie mamy pewności czy to nie jest jednak prawda i wtedy okaże się to jednocześnie doskonałą radą.
   Tracimy wiele, na przykład ludzi. Ludzie odchodzą, w wielu znaczeniach. Czasami zabiera ich śmierć, czasami daleka podróż, czasami konflikt interesów, a czasami COŚ. Coś niewiadomego, niedookreślonego i nigdy nierozszyfrowanego. Tak się czasem dzieje i nic nie możemy na to poradzić, bo gdy zdajemy sobie sprawę z prawdziwej straty, która się dokonała, już wtedy wiemy, że jest zbyt późno na jakikolwiek ruch. Oczywiście rozwiązaniem na tę nieuniknioną czasem sytuację, nie powinno być to byśmy eksploatowali te związki interpersonalne jak tylko się da. To raczej powinna być możliwie mądra i przepełniona racjonalnością relacja, która uwzględniałaby fakt, by te chwile z drugą osobą były jak najlepsze dla obydwojga, tylko po to, by w chwili rozstania - nie ważne jakie ono miałoby być - ta druga osoba wiedziała, że to był dobry czas. Jeśli tak się nie stanie i my sami nie będziemy mieli tej pewności, to często rozstanie sprawi nam jeszcze większy ból niż musiało sprawić. Zawsze dobrym poczuciem jest fakt iż druga osoba doceniała tak samo tę zatraconą relację, gdy tego nie ma równowaga pozostaje zachwiana. Życie to ciągłe straty.
   Przykładów można by wynajdywać wiele,i jak już wcześniej stwierdziłem, jest to jedynie początek ten nieskończonej wyliczanki. Dlatego też pozwólcie, bądź sam sobie pozwolę, by poprzestać na tych trzech.
   Zapytany mógłbym zostać: "Dlaczego nie powiesz, że życie to ciągłe nabytki, zyski?". Jednak odpowiedź na to pytanie jest dla mnie wystarczająco jasna, mam nadzieję, że przemówi ona nie tylko do mnie. Chodzi o zwyczajną różnicę stabilizacja-zmienność. Jeśli coś stracimy to wiemy co już straciliśmy i co wpada do tego kosza rzeczy straconych. Kolejne rzeczy, które tracić będziemy, również znajdą się na wieczność w tymże koszu. Co się tyczy zysków; nie jesteśmy w stanie przewidzieć tego co zyskamy, jak i kiedy, niby tak samo jak strat, jednakże w momencie, gdy coś zyskujemy i układamy to w koszu z nabytkami,  oczekując kolejnych rzeczy, któraś z tych pozostawionych w koszu z nabytkami może zmienić swoje położenie i znaleźć się w koszu ze stratami - tak więc kosz nabytków nigdy nie jest stały.
Dlatego też życie. to dla mnie ciągłe straty, które nie zawsze są zauważalne, nie zawsze są również złe dla nas, jednak wszystkie co do jednej zbierają się w jednym miejscu i już nigdy go nie opuszczą. Jedyne co nam pozostaje to pogodzić się na wieczność z raz doświadczoną stratą i nie liczyć na to, że uda nam się ja wyciągnąć z kosza rzeczy utraconych.
Krystian Chról Niebo Twórczość Społeczeństwo Blog Proza Felieton Esej Nieb0
Prześlij komentarz