Moje niebo to nie miejsce, a stan umysłu.

Nie opisuje go żadna księga, ani żadne z przysłów;

Moja kuźnia pomysłów - odlot na trzeźwo,

Gdy mój high widzą ćpuny to z wrażenia blednął.

Jeden dzień od...właśnie, czego?

Już jutro tysiące wystraszonych maturzystów założy swoje spódnice, garnitury i wybierze się ponownie do szkoły. Misja będzie prosta: napisać pierwszą z trzech obowiązkowych matur. Stres, zjadanie paznokci, wracanie w głowie do ostatnio zaczerpniętej wiedzy, przypominanie sobie o tym czego się nie powtórzyło i to odwieczne pytanie: "jaka lektura?" .
Na szczęście mnie ten cały sajgon omija. Na szczęście bądź nieszczęście; bo ani razu nie zajrzałem do książki, nie dopracowałem żadnej ominiętej lektury, ani nie napisałem próbnego wypracowania. Mimo to wierzę, że podchodząc do tego w skupieniu i uwadze dam sobie radę, przynajmniej z podstawą. A o rozszerzenia (polski, angielski, historię) nie mam co się martwić, bo po części zdawane są one hobbistycznie.





Jak to jest, że tak wiele osób maksymalnie się stresuje? Czemu tak wiele osób, mimo przygotowań trwających od tygodni, albo i miesięcy w dniu egzaminu czuje się jakby nie mieli pojęcia o literaturze, ani czytaniu ze zrozumieniem? Chciałbym poznać odpowiedź na to pytanie.
Dla mnie takie sytuacje są łatwe w przyporządkowaniu do nich priorytetu oraz odpowiedniego poziomu zmartwienia. Wystarczy odpowiedź na parę ważnych pytań:

- Jak ważne w moim życiu to jest?
- W sumie decyduje to czy dostanę się na studia, na które chcę się dostać.

- Czy moje wybrane studia są oblegane?
- Nie bardzo, to tylko Resocjalizacja.

- Czy mam alternatywę?
- Oczywiście, praca i płatne zarządzanie projektami.

- Co zrobię jeśli matura pójdzie mi źle?
- Poprawię za rok...

- Czy mogę w trakcie wykonywania tej czynności zginąć?
- Nie.

Powiedzcie mi więc, jak po odpowiedzi na te pytania w taki sposób, a szczególnie na ostatnie, mam się przejmować, szarpać nerwy i niepotrzebnie panikować? Do życia trzeba mieć odpowiedni dystans, a przede wszystkim odpowiedni pomysł na siebie, wtedy systemowe zagrywki życia nie robią na nas tak dużego wrażenia.
Bo życie to trochę taka narzucająca się kurwa, która każe z siebie korzystać,a do tego jeszcze za siebie płacić, dlatego potrzeba nam miłości. Miłości, która odzwierciedla się w pasji, dążeniach czy też innej osobie - wtedy ta natarczywa kurwa nie jest aż tak poufała. Dlatego nie walczmy z tą dziwką, bo przyjedzie jej alfons i nas załatwi. Po prostu miejmy alternatywną trasę i alternatywny cel, który także da nam satysfakcję, a pozwoli ominąć drogę usianą kurwami.

Wszystkim, który nastawiają się na jutro jak na najcięższą walkę w życiu, życzę powodzenia, a sam pójdę jutro, siedząc przez pełen możliwy czas i przyłożę się, bo nie powinno się tego lekceważyć. Jednak nie dam się wytrącić z równowagi.