Moje niebo to nie miejsce, a stan umysłu.

Nie opisuje go żadna księga, ani żadne z przysłów;

Moja kuźnia pomysłów - odlot na trzeźwo,

Gdy mój high widzą ćpuny to z wrażenia blednął.

Historia miłości, która nigdy się nie skończyła.

Oddanie jednej osoby względem drugiej jest piękne, ale tak samo jak piękne, jest także potężne i wykorzystane przeciwko potrafi zniszczyć, a w najlepszym przypadku konkretnie przypierdolić.

Przez dwa lata żyłem jedną osobą. Dosłownie. Nie liczyli się dla mnie znajomi, nie liczyła się dla mnie rodzina, szkoła, pieniądze, wygląd, nic. Tylko ona. Lecz w niej także odnajdywałem wszystko, jak mi się wtedy wydawało, co było mi potrzebne.
W ten sposób mijał piękny czas. Przepełniony on był ciężkimi rozmowami, łzami, uśmiechem, beztroską, miłością, aż w końcu bezsilnością, kłótniami i zwątpieniem. A mimo wszystko było to piękne i jako piękne będę to pamiętał.



Przyszedł w końcu moment, w którym wydawało mi się, że to wszystko nie ma dalej sensu. Byłem w błędzie. Przyszedł on o wiele wcześniej - już wtedy gdy sam w to wszystko zwątpiłem, na chwilę, bo na chwilę, ale zwątpiłem, robiąc to czego nigdy sobie nie wybaczę. Nawaliłem, strasznie nawaliłem, a mimo iż to było ciężkie Marika mi wybaczyła i dała drugą szansę, tak samo jak ja dawałem szansy jej. Lecz to chyba był już tylko cień dawnego związku. Mimo, że przeżyliśmy od tamtego momentu wiele pięknych chwil, to cała ta machina jakby chyliła się regularnie ku końcowi, który przecież nastał.

Wiem jak strasznie ją skrzywdziłem, tym co zrobiłem i samą informacją, że to koniec. Nigdy nie zapomnę łez na twarzy ukochanej nade wszystko kobiety, którą opuszczałem jako człowiek, partner, przyjaciel. Pękało mi serce.

Kojarzycie taki obrazek, na którym jest zestawienie zachowań faceta i kobiety w trzech różnych okresach po rozstaniu? Czuje się przez to jak w jakiejś pieprzonej grotesce.
Początkowo zajęty kampanią społeczną, sprawami szkolnymi, znajomymi, na których wreszcie miałem czas, nie myślałem o tym co się stało zbyt wiele. Wydawało mi się, że mimo miłości, którą nadal do niej żywię, zostawiłem to wszystko za sobą.
Potem przyszły chwile, gdy trochę ją wspominałem, chciałem pamiętać same dobre chwile, nie myślałem o niej teraźniejszej, tylko o tej ze wspomnień. Przypominały mi się najmniejsze szczegóły; to kiedy nacierała mi kolana maścią rozgrzewającą gdy śpiąc u niej dostałem ataku bólu, czy nasze nocne posiadówki przy winie i Heroes'ach. To były piękne wspomnienia, które zawsze chcę mieć w sobie.
Lecz teraz stało się coś dziwnego. Czuję się jakbym...czekał na jej powrót z podróży, oczekiwał telefonu po kłótni. Jest mi tak bliska, czuję fakturę jej skóry na swoich ustach. Jednak tego wszystkiego obok mnie nie ma, dlatego i ja w pełni nie jestem - tak samo jak kiedyś.
Nie rozumiem co się stało, skąd to we mnie po takim czasie. Dlatego też od tygodnia zamiast uczyć się do matury, wegetuję, patrzę się w ścianę, albo bezmyślnie klikam myszką, tworząc swoją urojoną tożsamość w GTA. Nie wiem czy to ustanie, bo nawet nie znam źródła tych emocji, które we mnie urosły, ale mam nadzieję, że stanie się to szybko.

Do tego bardzo w głębi ducha mi zależy, żeby ta teraźniejsza Marika była szczęśliwa, a także bym nie spotkał jej teraz na ulicy, bo pęknie mi serce.
Prześlij komentarz