Moje niebo to nie miejsce, a stan umysłu.

Nie opisuje go żadna księga, ani żadne z przysłów;

Moja kuźnia pomysłów - odlot na trzeźwo,

Gdy mój high widzą ćpuny to z wrażenia blednął.

Dni Szakala

Ostatnimi czasy mam okazję, jak to w dni wolne, obserwować i zachody słońca i wschody słońca, które nawet mimo mało malowniczego widoku za oknem dodają wiele pozytywnych wrażeń. Dzieje się tak dlatego, że zasypiam nad ranem, budząc się po południu, dzięki czemu mam całą noc dla siebie. Noce także są piękne i klimatyczne - pada ciepły deszcz. Cudownie tak siedzieć na parapecie z papierosem, skręconym z pomarańczowego tytoniu, delektując się mieszanką zapachu dymu oraz deszczu. Niestety noc wspiera także nawroty wspomnień, przypływy niechcianych refleksji i skatowaną tęsknotę. Jak to mówią: koszta wliczone w ryzyko. Tak czy inaczej jest warto.



Nie każda noc jednak jest okupiona samotnością, czy byciem samemu. Nie mówię tu o imprezach, które nadzwyczajnie często mają okazję się dziać na kilka chwil przed moją maturką, a o spotkaniach takich jak z Magdą wczoraj, gdy zadzwoniła do mnie o 1:00 w nocy.
Wiedziała, że nie śpię, dlatego dzwoniąc była już pod moimi drzwiami i rzuciła tylko: wychodź z domu. Wtedy jeszcze nie doceniałem swojego wyboru jeśli chodzi o ubiór, lecz potem okazał się on na prawdę trafiony w 10. Założyłem w ramach wygody starą bluzę Adidasa, którą znalazłem gdzieś na swojej działce, przypuszczam, że bluza ta jest nawet starsza ode mnie. Podobno oldschool teraz w modzie, ale ja się nie znam. Ważne, że emanowała na odległość swoistym klimatem.
Pospacerowaliśmy, posiedzieliśmy, pogadaliśmy. Przyszła też pora na odłożenie parasola i chodzenie po deszczu. Pojawiła się muzyka, atmosfera jak z filmu, gdybyśmy tylko z Magdą traktowali się jak dwoje ludzi, którzy coś do siebie mają. Po chwili na potwierdzenie naszego braterstwa zaczęliśmy się przepychać, zaczepiać i bić, przy czym Magda nieźle mnie poobijała, chwaląc się jakby to ona - silne dziewuszysko, ukryte pod postacią ładnej kobiety - poradziła sobie z każdym, kto tylko stanowiłby problem. Narobiliśmy trochę hałasu na osiedlu, aż wreszcie zdecydowaliśmy się pójść na piwo.

Grochowski sklep nocny na Rawarze, jak zawsze niezawodny i tym razem stał otwarty, tylko tyle, że zawierał całkiem rozespanego sprzedawcę, którego prawdopodobnie obudziło nasze pukanie w okienko. Zakupiwszy po upragnionym piwie stwierdziliśmy, że w sumie wypadałoby się gdzieś schować przed deszczem i skonsumować nabytki. Padło na zadaszoną wnękę za sklepem - kwintesencja żul-akcji. Usiedliśmy sobie na zimnych kafelkach i włączyliśmy jakieś smętne piosenki, które idealnie pasowały do tego klimatu.
4:00 - kto o tej godzinie idzie za sklep napić się? Jak się okazało nie tylko my. Zza rogu wtoczył się, a raczej zatoczył się typowy grochowski chłopak - niewiele różniący się ogólnikowo od tego, którego historię niedawno opisywałem. Szybka myśl: no to chwila prawdy, zobaczymy co będzie... Lecz zanim zdążyłem się mocniej zastanowić i przeanalizować powiedziałem odruchowe: Siema, czym nieźle zaskoczyłem Wietka, bo tak brzmiała jego ksywa, jak się potem okazało. Przezabawnym głosem chłopaczyna powiedział nam, że się wystraszył, bo nikogo o tej godzinie w takim miejscu się nie spodziewał, a ja w głowie zatryumfowałem, bo przecież udało mi się przestraszyć rosłego grochowskiego chłopaka. Zaprosiłem go, żeby się do nas przysiadł, co zrobił od razu, gdy tylko wyzerował dwoma łykami zakupioną setkę. W ten sposób zaczęła nam się godzinka spędzona z Wietkiem przy piwku, ubarwiona opowiadanymi przez niego historiami.
Na wstępie powiedział, że po wódzie dostaje korby i często jak się napije to wychodzi szukać zaczepki - dwa punkty dla nas, jeden za to, że nie my byliśmy zaczepieni, drugi za to, że nikt inny tego dnia nie został zaczepiony. Potem zaczęły się zwierzenia nt. jego ćpuńskiej przeszłości - 16 letniej przygody z heroiną. Jak się okazało Wietek ma 31 lat i w sumie całe jego życie wypełniała helupa, lecz z tego co mówi, ostatnio udaje mu się ogarnąć, dzięki syntetykowi. W międzyczasie chwiejnym i niekoniecznie zrozumiałym głosem poruszył temat muzyki, ale wtedy już od dłuższego czasu z mojego telefonu wydobywały się tylko dźwięki hip-hop'u , więc tutaj także nie daliśmy powodu do niezadowolenia.
Wietek działał jak stara, zniszczona i zalana alkoholem płyta - wciąż powtarzał te same pytania, opowiadał te same rzeczy, a rozmowa z nim stała się tylko zgrabną lawiracją pomiędzy pozornie zapalnymi punktami. W ten sposób z chłopakiem z grochowa spędziliśmy godzinę, zawijając się, gdy zawołał on swoich kolegów, robiących zakupy w sklepie. Stwierdziłem, że mimo bluzy, która widocznie ułatwiła mi budowanie swojego pozytywnego obrazu w oczach jednego pijanego grochowianina z większą ich ilością mogą zacząć pojawiać się niekomfortowe opcje. Serdecznie się pożegnaliśmy, zbijając barki i życzyliśmy dobrego dnia, który w końcu razem zaczęliśmy.

Ostatnio coś statystycznie dużo mam bliższych spotkań z grochowskim folklorem. Magda powiedziała mi, że mam dar rozmawiania z takimi ludźmi, a dla mnie to jest po prostu rzecz naturalna, bo ja chyba z racji na tak skrajne środowiska w dzieciństwie i różne doświadczenia potrafię się dogadać prawie z każdym, oczywiście zauważając różnicę w sposobie rozmowy z poszczególnymi osobami.
Cenię sobie tą umiejętność, ciesząc się, że zawsze z pomocą stoi mi miejsce, w którym się wychowywałem - warszawska Praga. Wiem, że jest to specyficzne środowisko, z którego raczej nie wyrastają ludzie tacy jak ja. Lecz to może stać się tematem kolejnych rozważań.

Resztę dni spędzam niewiele robiąc, wyglądając z pokoju tylko po to by zdobyć potrzebne do przetrwania jedzenie, bądź wypełnić fizjologiczne obowiązki. Marnuję zbyt wiele czasu, który mógłbym chociaż trochę poświęcić nauce. Jednak widocznie taki już jestem, po prostu potrafię na tyle docenić siebie by wiedzieć, że super dobrze zdana matura wcale nie jest dla mnie jedyną ścieżką do osiągnięcia dobrej przyszłości.

Prześlizgnę się przez życie niczym szakal, wyrywając z niego zajadliwymi kęsami najlepsze kawałki.